Copyright © Miroslaw Wilewski 2007-2009
Aquus Media, Plymouth, United Kingdom
Bajka o języku angielskim
Mirosław Wilewski
05/02/2008


Pewne starsze małżeństwo Brytyjczyków, idąc w ślady tysięcy swoich rodaków, kupiło dom w uroczej hiszpańskiej wiosce, gdzie postanowili się osiedlić. Minął niespełna rok, a oni już zameldowali się z powrotem w Anglii. Zaciekawiony niezmiernie, spytałem ich o powód powrotu. - „Proszę pana! - odpowiedziała starsza pani. - Oni tam w ogóle nie mówią po angielsku! Nie szło się z nimi dogadać! Dzikusy jakieś!" Udałem zdumionego - „Co pani powie? W hiszpańskiej wiosce nie mówią po angielsku? To naprawdę skandal!" Nie załapała dowcipu. No cóż...

Anglicy nie znają języków obcych i bez żenady wyjaśniają, dlaczego: „Bo na całym świecie mówi się po angielsku!" To fakt, czyli - jak to mówią językowi kuglarze - „oczywista oczywistość". Wprawdzie nie zawsze i nie wszędzie jest to znajomość pozwalająca rozmawiać o filozofii, ale dogadać się zawsze można. Gdy jednak przeciętny Anglik spotka cudzoziemca używającego więcej niż dwóch czasów lub znającego więcej niż sto podstawowych słów, nie może wyjść z podziwu: - „Jak ty się tego nauczyłeś? Przecież angielski to taki trudny język!" Dlaczego więc wyparł on z powszechnego użycia francuski i stał się językiem międzynarodowym? Istnieje na ten temat ciekawa teoria. Bajka. Według niej przyczyny są dwie.

Nie tak dawno temu, bo w XX wieku, część anglojęzycznych obywateli USA i Wielkiej Brytanii znacząco się wzbogaciła i zaczęła jeździć po świecie nie tylko w celach militarnych (jak wcześniej), ale przede wszystkim turystycznych. Tłumy osobników w hawajskich koszulach i pań w słomkowych kapeluszach rozjechało się nagle po całej planecie. Jednakże nie mówili oni ani po chińsku, ani po arabsku, ani w żadnym języku indyjskim, ani po hiszpańsku, ani nawet po francusku. Czyli nie znali języka 80 procent mieszkańców Ziemi. A ci z kolei, widząc nowo przybyłych klientów z kasą, koniecznie chcieli im wcisnąć miejscowe towary: figurki, naczynia, paciorki i inne wakacyjne pamiątki, których lokalna podaż i możliwości produkcyjne znacznie przekraczały popyt. Jednakże anglosascy turyści ani me, ani be w żadnym języku, tylko po swojemu nawijali. Nie szło się z nimi dogadać. A towar stygnie...

Aby choć cokolwiek sprzedać, lokalni kupcy próbowali nauczyć przybyszów paru zdań w swoich językach. Niestety - możliwości percepcyjne angielskich turystów okazały się odwrotnie proporcjonalne do zasobności ich portfeli. Miejscowi zauważyli jednak, że język potencjalnych klientów jest łatwy w wymowie i ma znacznie uproszczoną - w porównaniu z ich własnymi językami - gramatykę. Szybko i bezproblemowo opanowali narzecze Szekspira i sprzedali cały towar.

Francuski do dziś jest językiem dyplomacji. Posługuje się nimi na salonach prawdziwa elita. Noblesse oblige. Jednak to angielski rozpowszechnił się, gdyż jest językiem niezwykle prostym. Dzięki temu może być wykorzystywany w handlu, czyli... w porozumiewaniu się na podstawowym poziomie! To zwykłe narzędzie umożliwiające ludziom na całym świecie ustalanie cen i opisywanie podstawowych czynności. Słysząc angielski na ulicach swoich miast, przyswoiły go sobie miliony sprzedawców, pracowników hoteli oraz wszyscy oferujący jakiekolwiek usługi. Nie zawsze w jego najlepszej wersji. Rzeczywiście język ten stał się współczesną łaciną. Prawie każdy go zna, czasem nawet od kuchni...

Od kilku lat na ulicach wszystkich miast i wsi Wielkiej Brytanii słychać także język polski. Na półkach supermarketów leżą flaczki i konserwa „turystyczna". Znaczny procent rdzennych mieszkańców Londynu (a nawet Huyton czy Ramsbottom) potrafi powiedzieć „cieść" oraz jakże powszechne nad Wisłą „jak szie maś?" Taaak... Znają nas. Szanują i doceniają. Kochają. Może już niedługo każdy sprzedawca w UK będzie mówił po polsku i skończą się te wszystkie „aj di", „senk joł" i „hau mać". Wreszcie będzie można się z nimi dogadać. Hasło na najbliższe wybory do Parlamentu Europejskiego: „Polski angielszczyzną Europy!". Nad francuskim musimy jeszcze trochę popracować.