Królestwo do wzięcia
Mirosław Wilewski
27/05/2009
Wspólna Europa dla jednych jest wymarzoną ideą, dla innych - molochem prowadzącym do unicestwienia tożsamości narodowej poszczególnych państw. Już niedługo odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Czy warto głosować?
Aby uniknąć nudnego wywodu już na samym początku, postawię wręcz „anarchistyczną" tezę: nie warto. Z założenia, ponieważ sam system demokratyczny jest jedną wielką ściemą, nie mającą - wbrew powszechnym opiniom - żadnego pozytywnego wpływu ani na jakość prowadzonej polityki, ani tym bardziej na jakość życia obywateli. Pewien angielski grubas o nazwisku Winston Churchill mawiał, że „demokracja nie jest idealnym sposobem rządzenia, ale jeszcze nikt nie wymyślił lepszego." Mylił się. Znacznie lepszy okazał się w historii tak zwany „absolutyzm oświecony". Ale o tym później. Najpierw przyjrzyjmy się samej instytucji demokracji.
Pierwszym europejskim państwem parlamentarnym w czasach nowożytnych była Islandia. Od 930 roku zbierał się tam Althing - odpowiednik naszego Sejmu. Szło im na tyle nieźle, że już w XIII wieku Islandia utraciła niepodległość, najpierw stając się terytorium zależnym Norwegii, a potem częścią Danii. Dopiero w 1874 roku kraj ten odzyskał względną autonomię, odzyskując pełną niepodległość w pamiętnym roku 1918.
Polskie tradycje parlamentarne również należą do najstarszych w Europie. Jeszcze w XIII wieku książęta zasięgali nawet w podstawowych sprawach opinii rad (czyli był to ustrój „radziecki") złożonych z dostojników duchownych i świeckich. Po koronacji Władysława Łokietka w 1320 roku spotkania te zaczęto nazywać sejmami walnymi (z łac. parlamentum generale lub - nomen omen - dieta). Od połowy XV wieku Sejm zwoływany był co roku, zwykle w Piotrkowie. Do czego to doprowadziło, wiemy wszyscy doskonale. Cała impreza skończyła się Sejmem Czteroletnim, na którym lekko zanietrzeźwiony obywatel Tadeusz Reytan podarł na sobie koszulę, dzięki czemu stał się sławny, a teraz setki szkół w całej Polsce noszą jego imię. Ponadto, sejm ten uchwalił pierwszą konstytucję w Europie (a drugą na świecie), która była przestarzała już w momencie uchwalania. Potem poszło już standardowo - niepodległość odzyskaliśmy w tym samym roku, co wspomniana wcześniej Islandia.
A jak się miały w tym czasie monarchie? Francja za czasów Ludwika XIV przeżywała rozkwit kulturowy i cywilizacyjny. To właśnie ten potępiany przez wszystkich despota zapoczątkował „złoty wiek" kraju, który do dzisiaj gra pierwsze skrzypce w UE. W Hiszpanii już Filip Piękny rozpoczął zjednoczenie państwa, zdobył też koronę Niderlandów oraz stworzył podstawy polityczne swoim następcom - Izabeli Kastylijskiej i Ferdynandowi Aragońskiemu - do podboju połowy świata. W Niemczech znienawidzony szczególnie przez Polaków Fryderyk Wilhelm Wielki zjednoczył księstwa niemieckie oraz opracował ustrój, dzięki któremu nasi zachodni sąsiedzi są teraz postrzegani jako synonim „najlepszej jakości" na świecie. Oponentom od razu odpowiem, iż za jego rządów granica polsko-niemiecka była najbardziej stabilną i bezsporną granicą na kontynencie. W Rosji car Piotr Wielki - jak głosi legenda - w przebraniu wyszedł „do ludu", aby poznać jego potrzeby i troski, aby później na podstawie swoich obserwacji stworzyć lepsze państwo. Czy mu się to udało, niech potencjalni adwersarze ocenią sami na podstawie ewolucji znaczenia Rosji na arenie międzynarodowej od XVIII wieku do czasów współczesnych.
Pierwsze wybory do Parlamentu Europejskiego w dzisiejszym kształcie odbyły się w czerwcu 1979 roku. Było to jeszcze w czasach, kiedy obecna UE nosiła oficjalną nazwę Europejska Wspólnota Gospodarcza, a członkostwo w niej Polski, będącej państwem okupowanym przez ówczesny ZSRR, było nie do pomyślenia. Idea zjednoczonej Europy była dla nas najpiękniejszym projektem politycznym w historii. Wyobrażaliśmy sobie podróżowanie bez paszportów, równe traktowanie obywateli wszystkich państw, nawet wspólną walutę. Ale - pomimo fantazji i kreatywności - nie wpadliśmy na pomysł znormalizowania „zakrzywienia banana", zakazu palenia, ani wprowadzenia mikroczipów dla obywateli...
Ale wróćmy do wyborów tych, którzy te absurdalne prawa w naszym imieniu ustanawiają. Każdy może kandydować na posła do Parlamentu Europejskiego. Pensja podstawowa to 7.665 euro miesięcznie. Do tego dochodzą nieopodatkowane diety (287 euro za każdy dzień obrad, średnio 16 dni w miesiącu) oraz 21 tysięcy euro na prowadzenie biur, przejazdy, pensje pracowników, itp. Razem około 35 tysięcy euro miesięcznie. Czy jakiś kmiotek z Psiej Wólki, który nagle dostanie kasę w takiej wysokości, zniży się do obiecanego reprezentowania interesów swoich wyborców? Osobiście szczerze przyznaję, że jako europoseł z taką pensją miałbym wszystko w głębokim poważaniu...
Nie wypominam nikomu wysokich zarobków. Niech (p)osłom na zdrowie wyjdzie! Jednakże nie sądzę, aby system reprezentacji parlamentarnej był najlepszym, jaki istnieje. Dlatego tym razem nie skorzystam z dobrodziejstwa prawa do głosowania. Marzy mi się mądry król posiadający władzę absolutną i wprowadzający naprawdę mądre ustawy. A może ktoś ma kandydata? Jak się nie sprawdzi, zawsze można zrobić rewolucję...