No to bania, Brytania!
MIrosław Wilewski
15/01/2008
Jeszcze kilka lat temu na etykietkach wódki można było spotkać napisy o szkodliwości nadmiaru picia z adnotacją: 'nie dotyczy Polaków i Rosjan'. Po ostatniej wizycie w Polsce oraz po kilku latach pobytu w Albionie muszę zdementować te plotki i insynuacje. W chlaniu nikt nie pobije Anglików. Po prostu - straciliśmy miejsce na podium. I wreszcie jest dyscyplina, w której są lepsi od nas.
W moim dawnym, ukochanym krakowskim pubie na Szewskiej, barmanem jest teraz rodowity Anglik - Mark. Z moim przyjacielem, który też mieszka w UK, a z którym byliśmy tam stałymi bywalcami, zamawiamy jak zwykle po wiśniówce. - A co do tego? - pyta zdziwiony Mark. - Piwo?
Rozglądamy się po sali, nasłuchujemy i... wszystko jasne. Ponad 90 procent gości mówi po angielsku. W zasadzie słowo 'mówi' jest pewnym nadużyciem: oni po prostu bełkoczą. Nawaleni w sztok. - No przecież mieszkacie w Anglii, to pewnie przyjęliście nasz sposób zabawy? - zagaja barman, zdziwiony naszym tempem spożycia. - Niestety - rzuca Tomek. - W tej kwestii jesteśmy polskimi patriotami.
A Tomasz wie, co mówi. Ma prawie dwa metry wzrostu i ogromne możliwości konsumpcyjne. Sam kiedyś przy nim 'zszedłem' i wcale się tego nie wstydzę. Po prostu nie miałem szans.
Jeden z Angoli wychodzi (dużo powiedziane) po schodach do bramy i bez żenady sika przy ścianie. Dwie z jego trzech koleżanek leżą z mętnym wzrokiem rozwalone na krzesłach. Trzecia przysypia. Pytamy o-coś-tam. Obie mają większe problemy z angielskim, niż Polacy pytający o pracę w agencjach.
W oczach tzw. 'brytyjskich dżentelmenów' to właśnie Polacy jawią się jako 'pijana dzicz ze Wschodu'. Rok temu moi znajomi zaprosili na Wigilię znajomych Anglików. Radosne święto zakończyło się wymianą mebli. Połamanych przez zataczających się i wymiotujących gdzie popadnie angielskich gości. Nie muszę chyba dodawać, że 'nasi' byli trochę zdegustowani... Ale cóż: co kraj, to obyczaj.
Moja znajoma ma w Krakowie niewielki hotelik. W recepcji wszyscy mówią biegle po angielsku. Akurat, kiedy z nią rozmawiałem, usłyszałem odpowiedź recepcjonistki odbierającej telefon: - I'm really sorry, but we are fully booked till March. - Pytam Marty: - Co? Interes za dobrze idzie? - Ona na to: - Nie przyjmujemy Anglików. Po ostatnim wieczorze kawalerskim musieliśmy wymienić zarzygane wykładziny i podpalone meble. Cud, że hotelu nie spalili. Swołocz jedna...
Siedzimy z Tomaszem przy barze. - To co? Jeszcze po jednym? - rzucam jak zwykle. - A bo ja wiem? - mój kumpel ma wątpliwości. - No to dawaj szybkiego i spadamy do domu napić się jakoś kulturalnie! - Mark stawia kolejkę. - Sorry, chłopaki. Ja tu tylko polewam.
Wracam do Anglii. Myślę sobie: 'To tylko sfrustrowani ludze pracy na wakacjach. Niemożliwe, żeby to ich pijaństwo bylo regułą. To my jesteśmy w tym najlepsi'. Około 10 rano, po powrocie z Polski, idę do sklepu. Jest niedziela. Na ulicy spotykam dwie pary. Raz zatacza się panienka, raz facet. Z tego wszystkiego kupuję wino. Potem idę spać.
Następnego dnia spotykam angielską znajomą. Jakoś tak dyskusja schodzi na tory 'spożycia' i stereotypów. Ona pyta: - U was to jest zimno i dlatego tak dużo pijecie? - Odpowiadam całkiem poważnie: - Jasne. Jak w zimie jest standardowo minus 30, to statystycznie - włączając kobiety i dzieci - wypijamy litr spirytusu dziennie na głowę. I dlatego tak wielu Polaków przyjechało do Anglii. Po prostu na odwyk'. - No i ta głupia krowa patrzy na mnie, przytakując głową ze zrozumieniem. Zero refleksji i wyczucia dowcipu. Angielskiego, niestety. No, ale czego można wymagać od mózgu wyżartego przez wódę? Na zdrowie!