Polska „siła robocza"
Mirosław Wilewski
20/03/2009
Kiedy czytam artykuły lub oficjalne opracowania rządowe dotyczące Polaków w Wielkiej Brytanii, jedno z najczęściej używanych określeń podoba mi się szczególnie: „Polish workforce" - „polska siła robocza". Powiedziałbym, iż mam do tego określenia stosunek wręcz romantyczno-sentymentalny. Dlaczego? Ponieważ to sformułowanie obnaża angielskie widzenie innych: przecież taki Polak to nie może mieć żadnych kwalifikacji, bo nie skończył angielskiego kursu i może najwyżej ulice zamiatać. Ale tylko pod warunkiem, że nie ma Anglika chętnego na to stanowisko...
Już od dawna wiadomo, że Polacy odbierają pracę tak zwanym rodowitym Brytyjczykom. Budowlańcy, sprzątaczki, pakowacze, czy też setki tysięcy przysłowiowych „polskich hudraulików" są zmorą miejscowej klasy robotniczej, garnącej się do pracy jak Kubuś Puchatek. Jednakże historia „Polish workforce" na Wyspach nie zaczęła się w 2004 roku, ale liczy sobie już ładnych kilka wieków.
Pierwszą osobą usiłującą odebrać pracę miejscowym był Karol Edward Filip Kazimierz Stuart, znany także jako Bonnie Prince Charlie (Śliczny Książę Karolek). Ten prawnuk Jana III Sobieskiego, syn Klementyny Sobieskiej, był następcą tronu powstającego dopiero wówczas Imperium Brytyjskiego. Uwielbiany szczególnie przez klany szkockie, a także przez Irlandczyków oraz znaczą część ludności Anglii, walczył o tron angielski z niemiecką dynastią Welfow, wchodzącą wówczas dopiero na brytyjski rynek pracy. Popierający go jakobici wzniecili trzy powstania, wspierane przez Francuzów i Hiszpanów. Ostatnie z tych powstań (w 1745 roku) omal nie zakończyło się powodzeniem. Jednakże w decydującej bitwie pod Culloden, 16 kwietnia 1746, „nasi" ponieśli porażkę. Jej przyczyną był brak koordynacji działań oraz niezdecydowanie wojskowych „menadżerów". Wskutek tej przegranej Anglia przeszła we władanie dynastii niemieckich, co trwa po dzień dzisiejszy. Jakoś nikt przeciwko temu nie strajkuje.
W drugiej połowie XIX wieku do Anglii emigruje za pracą młody chłopak urodzony w Słonimiu - niejaki Michał Marks. Osiedlił się w Leeds, gdzie pracował jako przedstawiciel handlowy. W 1884 roku poznał pewnego właściciela hurtowni. Podpisał z nim umowę, na mocy której handlował jego wyrobami poza obszarem miasta. Biznes ten okazał się dla zdolnego Marksa niezwykle intratny, a sam Michał szybko uzyskał niezależność finansową. Postanowił rozwinąć własną firmę i zaproponował swojemu dotychczasowemu szefowi założenie spółki. Ten jednak odrzucił jego ofertę, ale zaproponował mu kandydaturę swojego kasjera - Toma Spencera, który zainwestował w nowy interes 300 funtów. Inwestycja ta okazała się być - jak byśmy to powiedzieli dzisiaj - niezwykle rentowna. Spore doświadczenie nabyte przez wcześniejsze lata pracy oraz umiejętność negocjowania cen bezpośrednio u producentów sprawiły, że przedsiębiorcy szybko otworzyli kolejne sklepy w takich miastach, jak Manchester, Birmingham, Liverpool, Middlesborough, Sheffield, Bristol, Hull, Sunderland i Cardiff. Tak właśnie powstała jedna z największych sieci handlowych na świecie, ikona brytyjskiego handlu - firma Marks & Spencer. Sam Michał otrzymał obywatelstwo brytyjskie dopiero w 1897 roku. Jego wspólnik, Tom Spencer, wycofał się z interesu, a Michał Marks samodzielnie zarządzał spółką do 1907 roku. Obecnie jego imperium zatrudnia 70 tysięcy osób na całym świecie i jest warte prawie 8 miliardów funtów.
Znaczący wkład w obieraniu pracy Anglikom mają także polscy pisarze. Na szczęście prawie nikt z miejscowych nie ma pojęcia, że Polakiem był także - przez wielu uważany za „number two" zaraz po Szekspirze, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli literatury anglojęzycznej - Joseph Conrad. Urodzony w Berdyczowie w rodzinie szlacheckiej, Jozef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz, miał kontakt z pisarstwem od najmłodszych lat, jako że jego ojciec, Apollo Korzeniowski, był autorem tragedii patriotycznych oraz tłumaczem Szekspira i Hugo. Po skończeniu słynnego liceum im. Nowodworskiego w Krakowie, młody Józef Konrad zaciągnął się do marynarki francuskiej, a potem brytyjskiej. To właśnie ten epizod z życia Korzeniowskiego zaowocował wieloma wątkami „morskimi" i „podróżniczymi" obecnymi w jego książkach. Styl powieści Josepha Conrada miał wpływ na twórczość takich pisarzy, jak Ernest Hemingway, Graham Greene, Joseph Heller, John Coetzee i wielu innych. Jego „Lord Jim" jest lekturą obowiązkową w szkołach w wielu krajach świata (w tym w Polsce), a na podstawie „Jądra ciemności" („Heart of Darkness") Francis Ford Coppola nakręcił film „Czas Apokalipsy". Pomimo że do ukończenia dwudziestego szóstego roku życia Joseph Conrad nie znał w ogóle angielskiego, a później zawsze mówił z charakterystycznym polskim akcentem, jest uznawany na najwybitniejszego przedstawiciela prozy angielskiej. Autorzy „rdzennie brytyjscy" jak dotąd przeciwko niemu nie protestowali...
Niedawno czytałem historię o Polaku, któremu nie chciano sprzedać batonika w sklepie. Był z likierem. Batonik, nie Polak. Ale sprzedawca usłyszał obcy akcent i stwierdził, że batonik na pewno jest z alkoholem i on Polakom alkoholu nie sprzeda, a naszych dowodów nie uznaje. Baton jeden. Zajście miało miejsce w jednym z supermarketów Tesco. Założyciel tej sieci, Sir John Edward Cohen (wcześniej: Jack Kohen), z pewnością by takiego absurdu nie wymyślił. W końcu „nasz klient, nasz pan" i „biznes is biznes". Przecież tam teraz więcej polskiego jedzenia, niż na krajowym bazarze. Anglicy, idąc na zakupy do Tesco, powinni mówić, że idą „do Polaka"! Zaraz, zaraz, jak to miała na nazwisko matka Cohena, który to całe Tesco założył? Aaa! Zaremba oczywiście! Kto by pomyślał?! Ależ się tej polskiej „siły roboczej" do Anglii nazjeżdżało...