Copyright © Miroslaw Wilewski 2007-2009
Aquus Media, Plymouth, United Kingdom
Wspaniała Anglia... z lotu ptaka
Mirosław Wilewski
30/06/2009

W kulminacyjnej scenie kultowego filmu „Wniebowzięci" z 1973 roku, powracający z rejsu samolotem Himilsbach dzieli się wrażeniami podnieconym głosem: „- Potęga, panie! Jak pragnę Boga! Piękny jest nasz kraj z lotu ptaka!" Do dziś nie mogę uwierzyć, że ówczesna cenzura puściła ten tekst. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że „w angielskich okolicznościach przyrody" jest on nadal aktualny.

Większość z nas przyjechała do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy. Pracy za lepsze niż w Polsce pieniądze. Często harujemy po kilkanaście godzin dziennie tylko po to, żeby się utrzymać. Spora część Polaków pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Pomimo jasnych przepisów unijnych mówiących o wzajemnym uznawaniu dyplomów wydanych przez poszczególne państwa członkowskie, brytyjscy urzędnicy zdają się być na te przepisy ślepi i głusi. Dla nich liczy się tylko papierek angielski. Polskiego dyplomu najczęściej nie uznają. W najlepszym wypadku mówią: zrobisz dodatkowy kurs, to zobaczymy...

Tomek jest inżynierem ochrony środowiska. Po przyjeździe do Anglii znalazł pracę na budowie. Bynajmniej nie w biurze projektowym. Zasuwał po kilkanaście godzin najpierw jako „przynieś-podaj-pozamiataj", a potem jako zbrojarz. Na uprzejme sugestie z jego strony, iż firma mogłaby osiągnąć znacznie większe korzyści zatrudniając go w wyuczonym zawodzie, kierownictwo patrzyło tylko z politowaniem. Raz usłyszał wprost: „A czego ty mogłeś się nauczyć w tej Polsce? My tu mamy właściwe standardy." No to patrzył, jak miejscowi inżynierowie nie potrafili sobie poradzić ze zwiezieniem gruzu z dachu. Budowlańcy znosili go z dziesiątego piętra w wiaderkach, co trwało kilka dni. Kiedy z własnej inicjatywy zamontował proste bloki, dzięki którym praca została wykonana w piętnaście minut - został zwolniony. Powód - podważanie decyzji „wykwalifikowanego" kierownictwa...

Pani Jola była w Polsce dietetykiem - specjalistą do spraw żywienia. Uprawiała kilka dyscyplin sportowych, prowadziła aktywny tryb życia. W Anglii pracowała na farmie. Uległa wypadkowi, niewiele brakło, żeby zginęła. Z winy jakiegoś palanta, który - pomimo „angielskich kwalifikacji" - nie potrafił prowadzić traktora. Teraz pani Jola ledwo może zawiązać sznurówki. Do żadnej pracy się nie nadaje, a była firma nie chce jej wypłacić odszkodowania. Na komisji lekarskiej orzekającej o inwalidztwie zapytano ją o to, co robiła w Polsce.  Gdy odpowiedziała, porównując zwyczaje żywieniowe w obu krajach, lekarz - starszy człowiek z wieloletnią praktyką - przez przypadek oświadczył, że nie widzi nic niewłaściwego, gdy matki zabierają kilkumiesięczne (sic!) dzieci do fast food'ów. Przecież to samo zdrowie, a poza tym - mają brytyjskie certyfikaty...

Krzysiek od roku pracuje w fabryce żywności. Pakuje szynkę przy taśmie. Ma 32 lata. Jest magistrem ekonomii. Zna dobrze angielski, oprócz tego francuski, hiszpański, rosyjski i niemiecki. Pewnego dnia - jak zwykle - rozmawia z kolegą (magister filologii) przy taśmie. Po polsku. A tu nagle pochodzi do nich jakiś nowy „superwajzor", ofiara miejscowego szkolnictwa, i drze mordę: „- Przestańcie mówić po polsku! Tu jest Anglia!" Na to Krzysiek, płynną angielszczyzną „szekspirowską": „- Z przyjemnością zastosujemy się do wytycznych szanownego pana, o ile przedstawione nam zostaną ważne powody oraz racje, dzięki którym dowiemy się, w jaki sposób używanie języka polskiego negatywnie wpływa na proces produkcyjny w naszym przedsiębiorstwie. Jeśli pan woli, to oczywiście będziemy rozmawiali w innym, zrozumiałym dla pana języku. Dziękuję." Po czym zaczęli z kolegą rozmawiać po francusku.

Prawie każdy z nas ma jakieś żale, niespełnione ambicje, czasem kompleksy. Bardzo często odreagowujemy je w sposób, który może tylko pogorszyć ten stan. Ale od czego są wakacje? Zamiast ciągle narzekać i szukać „zemsty" na skretyniałych przełożonych (którzy są wszędzie) oraz urzędników-idiotów (którzy też są wszędzie), zróbmy coś, co poprawi nam humor i - przede wszystkim - pozytywnie wpłynie na zdrowie. Osobiście polecam coś szalonego. Ja postanowiłem oderwać się od ziemi. W przenośni i dosłownie. I udało się! Odleciałem...

Pilotowanie awionetki jest jeszcze łatwiejsze od prowadzenia samochodu (nie ma korków), a widoków nie można porównać z niczym innym. Okazuje się, że codzienne absurdy wyglądają z wysokości kilkuset metrów po prostu śmiesznie. Własne miasto, którego ma się dość na co dzień, nabiera nowych, intensywnych kolorów. Świat staje się po prostu piękny. Nie widać brudu, za to gdzie nie spojrzeć - niesamowicie zielone łąki, wijące się rzeki, dookoła morze... Ale przede wszystkim - ludzie, którzy nam codziennie dają w dupę, są naprawdę malutcy. Mówiąc między nami - w ogóle ich nie widać...